Małżeństwo mieszane: trudne nie znaczy złe

Ten tekst jest świadectwem, głosem z samego środka tego typu małżeństwa, z miejsca, w którym jest Bóg i Jego błogosławieństwo. Dla tych wszystkich, którzy stoją przed decyzją, czy wchodzić w małżeństwo z osobą niewierzącą lub znajdują się w takim związku i czują, że słabną.

Ten tekst nie ma być przewodnikiem o tym, jak w Kościele Katolickim zawrzeć sakrament małżeństwa z osobą niewierzącą.

„Słuchaj dzieweczko, ona nie słucha…”

Zakochałam się. Jak nigdy wcześniej. Że latałam metr nad ziemią to mało powiedziane. Stanął przede mną człowiek fascynujący, dobry, pełen piękna i wrażliwości. Z każdą kolejną rozmową, wyprawą w góry, wspólnym treningiem na rowerze, widziałam coraz wyraźniej, że nie mam potrzeby szukać nikogo innego.

Dlatego, gdy poprosił mnie, żebym została jego żoną, nie miałam żadnych wątpliwości. Pomimo tego, że on całkowicie nie wierzył w Boga. Nie miał potrzeby Go szukać, nie zadawał sobie pytań o Jego istnienie. Podjęliśmy decyzję o ślubie mieszanym i wtedy zaczęły się schody.

„To się nie uda, nawrócisz go?”

„Albo on stanie się jak ty, albo ty jak on”

„I co tu powiedzieć na kazaniu na takim ślubie? Widzicie ten obraz? Archanioł Michał rozprawia się z wężem. Archanioł to wy wierzący a wąż… no cóż, to do was wy niewierzący”

„Przestańcie się wygłupiać, weźcie jak ludzie ślub kościelny a nie róbcie cyrków z mieszanym”

„Nie da się zbudować trwałego małżeństwa z niewierzącym”,  „Niewierzący nie szanuje krzyża”… itd.

Słowa potrafią ranić, potrafią też sprawić, że człowiek zaczyna wierzyć, że jest całkiem sam ze swoim wyborem. Że Kościół, choć formalnie zgadza się na małżeństwo mieszane i udziela mu błogosławieństwa, w praktyce traktuje je jako gorsze, kalekie i niewarte zainteresowania duszpasterskiego.

Chciałaś, dziewczyno, niewierzącego męża, to sobie radź. W tym przeświadczeniu przeżyłam pierwsze parę lat małżeństwa. Równocześnie czułam wielką ciążącą presję, żeby wiary nie stracić i żeby przekazać ją dzieciom. Oczywiście samodzielnie.

Zapomniałam, że małżeństwo mieszane jest dla mnie sakramentem, polem, w którym jest Boża Obecność, będąca źródłem niewyczerpanej miłości. Zapomniałam, albo może nigdy dość jasno tego nie zrozumiałam, zasypana jednoznacznie negatywnymi wizjami mojego związku.

Niewiara rakietą do Boga

Odkąd pamiętam, zawsze wierzyłam w Boga. Niewiara mojego męża, była dla mnie wielką motywacją, żeby żyć w zgodzie z przykazaniami. Żeby budować relację z Bogiem i być prawdziwą chrześcijanką.

Każda rozmowa na temat wiary zmuszała mnie do zadawania sobie samej kolejnych pytań. Wiedziałam, że żeby stać się wiarygodną dla mojego męża i dzieci, muszę się modlić i prowadzić życie sakramentalne. Mój mąż był codziennym świadkiem mojej nieudolnej walki z grzechami, zmagania z modlitwą i trudnościami, jakie przychodziły w życiu duchowym. Przyjęłam zasadę, że czy tego chce, czy nie, będzie najbardziej wtajemniczonym w to, co przeżywam.

Nawet jeśli nie ma bladego pojęcia, o czym ja tak właściwie mówię. Nawet jeśli opowiadam rzeczy, które jego racjonalny umysł natychmiast odrzuca. Pomimo niewiary, mój mąż, z miłości do mnie i dzieci zaczął chodzić z nami na Mszę Świętą oraz modlić się co wieczór.

Przyjął zasady moralne, którymi kieruje się Kościół, choć nie rozumiał z czego one wynikają. Zaparł się swojego światopoglądu, samego siebie, choć nie musiał. Tylko dlatego, żeby mi było łatwiej w wierze wychowywać dzieci. Choć sam nie wierzył.

Gdzie jest Bóg?

Kryzys przyszedł nagle. W samym środku ubiegłorocznego Wielkiego Piątku. Bóg umarł. Siedzę przed ścianą, mówię sama do siebie i ogarnia mnie panika. Nie wierzę.

Pomimo kilkunastu lat w oazie, formacji animatorskiej, paru lat we wspólnocie charyzmatycznej, godzinach uwielbień, adoracji, modlitwy osobistej, nie wierzę.

Wszystko na czym oparłam to, kim jestem, swoje wybory, cele i styl życia, straciło sens. Nie mogę się modlić, jedyne, co mogę to powtarzać wciąż w myślach: gdzie jesteś? I nic, cisza.

Kilka ciężkich dni, w większości przepłakanych, kończy się wraz ze zrozumieniem, że “trzeba czasem pozwolić Bogu być nieobecnym”. Przychodzi pokój i tęsknota nie za czymś nieokreślonym, ale za Kimś najbliższym.

To doświadczenie pozwoliło mi odkryć, że ani choroba, z którą się zmagam, ani inne cierpienia, których doświadczyłam, nie bolały mnie tak dogłębnie, jak utrata wiary. Że świadomość tego, że Bóg jest, przynosi pokój, którego nic innego nie może dać. Zrozumiałam też, jak w sytuacji niewiary, potrzebna jest łaska. Zrozumiałam mojego męża i tym bardziej doceniłam, jakim jest człowiekiem.

W obliczu samotności

Są pewne ciężary małżeństwa mieszanego, które czynią z niego trudną drogę. Pierwszy to samotność w przeżywaniu wiary. Ile bym nie naopowiadała o swoich przeżyciach i tak mój mąż, nawet usilnie się starając, nie zrozumie, o czym mówię. Z tej przyczyny, że nie ma doświadczenia osobistej relacji z Bogiem. I to boli.

Boli, bo jest to jakiś brak jedności, w związku, który został pobłogosławiony, abyśmy się stali jednym.

Drugi ciężar to ból związany z tym, że człowiek, którego kocham najbardziej na świecie, nie potrafi lub nie chce przyjąć ogromu dobra i miłości, jaką może dać tylko Bóg.

To jest bardzo trudne, bo mąż jest kimś, dla kogo pragnie się największego dobra. Jednak jest to również zaproszenie, żeby jeszcze bardziej kochać i jeszcze mocniej budować jedność tam, gdzie to tylko możliwe.

„Parami do nieba”

Taki tytuł miała książka, którą przeczytałam przed ślubem. Opowiadała o świętych małżeństwach. Miałam wtedy przeświadczenie, że ta rzeczywistość nas nie dotyczy, bo my jesteśmy gorsi. Teraz wiem, że to nieprawda.

Głęboko wierzę, że po to w ramach naszego małżeństwa „zostaliśmy wrzuceni do jednego wora”, żeby na koniec nauczyć się kochać, tak jakby tego chciał Bóg. Wszystkie radości, cierpienia, spektakularne sukcesy i równie spektakularne porażki, przez które przechodzimy razem, prowadzą nas do spotkania z tym, który nas kocha “odwieczną miłością”.

Co więcej, On kocha mojego męża daleko bardziej niż ja, On zna jego serce, On wie, kiedy jest właściwy czas na ich spotkanie.

Nareszcie, po siedmiu latach małżeństwa, mogę powiedzieć, że jestem wolna od presji, żeby nawrócić kogokolwiek. Rozumiem i szanuję drogę, jaką idzie mój mąż.

Jestem tam z nim, ale przede wszystkim jest tam Bóg. I to czyni nasze małżeństwo świętym – nie przez nasze nieudolne wysiłki, ale przez Jego, przenikającą wszystko, Obecność.

Jeśli szukasz wsparcia w związku, narzeczeństwie, małżeństwie zapraszamy Cię do grupy na Facebooku.

Teresa Markiewska – żona jednego męża, matka dwójki dzieci. Zaangażowana w ewangelizację tańcem w projekcie Lilia. Głęboko utożsamia się ze stwierdzeniem, że małżeństwo polega na wrzuceniu dwóch nieociosanych głazów do małego worka i potrząsaniu nim przez następne kilkadziesiąt lat, w celu uzyskania gładkich krawędzi. Nie traci nadziei, że z każdym kolejnym wstrząsem, pozbywa się trochę egoizmu. Prowadzi bloga zawszeuczesana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.